Nie taki spacer straszny, jak go malują – pod warunkiem, że z naszą torbą!
17 marca 2017
Od akrylu do bambino! Czyli jak połączyć wspólną modelarską pasję młodszych i starszych konstruktorów ;)
17 maja 2017
Pokaż wszystkie

Wszystkim niezdecydowanym…

Patrzę za okno na ostatni skrawek łąki przed naszym domem. Ta chwila nieuwagi kosztowała mnie dopisanie przypadkowego szeregu liter do powstającego właśnie tekstu przez moją ukochaną córkę.  Oh, ten mój mały redaktor… Co ja bym zrobiła bez tych dodatkowych kilku znaków? Pewnie te teksty byłyby o wiele bardziej nudne. Po chwili czuję nieśmiałe szturchnięcie w łokieć zimnym, mokrym nosem naszego węgielka. Szybki kontakt wzrokowy – spojrzenie w stylu „Kota w butach”… i za 30 sekund moje dziecko biegnie już z psem po buty, bo nadeszła pora spaceru!

Wiosna pełną piersią. Gdzie wzrokiem nie sięgnąć świat budzi się do życia! A dopiero co wszystko przykrywał biały puch… Szadź obrysowywała każdą igiełkę młodych sosen, każde źdźbło traw, domy, płoty, krzewy… Przepiękny widok ta mroźna kraina. Polubiłyśmy bardzo nasze codzienne wyprawy z piesiołem. Takie wspólne spacery to sama przyjemność, a także odporność i kondycja! Jak ktoś nie ma motywacji do spacerów to serdecznie polecamy przygarnąć pod swój dach piesia – tylko musi to być przemyślana decyzja, bo zwierzak nie jest meblem, który gdy się znudzi można odstawić albo wyrzucić…

A tymczasem na spacerze labradorowy nos węszy, niucha, szuka… Patrzę na leśny dukt – jeszcze niedawno galancie zaśnieżony. Teraz po śniegu została błotnista chlapa i niestety nie widać już tych leśnych, zwierzęcych śladów co zimą: lisów, zajęcy, saren, może też i dzików? W oddali wyorane połacie lasu przemawiają za tym, że mieszkańcy lasu mimo wszystko gdzieś są  w pobliżu. Zimą pokazywałam mojej córci wyraźnie odciśnięte tropy zwierząt. Zaciekawiona wychylała się przez ramę sanek i oglądała je z uwagą. Patrząc na nią widziałam moją młodszą siostrę, która zawsze z uwagą obserwowała kwiaty i motyle, które pokazywał nam dziadek na wspólnych spacerach. Po raz setny powtarzał z uśmiechem nazwy oglądanych już roślin. Zawsze zachęcał, żeby podglądać przelatujące owady – szczególnie różnobarwne motyle. Na żółtych, puchatych mleczach – bo te zawsze wiodły prym w naszym parku – najchętniej przesiadywał bielinek kapustnik. Oprószony jasnym pyłkiem, z ciemniejszymi kropeczkami tworzącymi czarną plamkę i obrys górnych skrzydełek. Szukał najlepszego miejsca na zebranie nektaru, delikatnie krocząc po żółtych płatkach. Zawsze z uwagą patrzyłam na jego błękitne, kropkowane oczy i obserwowałam, jak trąbką spija nektar ze środka kwiatu. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy wyciągnęłam rękę w jego kierunku – tak bardzo chciałam go złapać i obejrzeć z bliska… – Nie wolno, Justyś – zawsze słyszałam nad sobą głos dziadka w strategicznym momencie. – Oglądaj, ale nie dotykaj motyla, bo jest tak kruchy, że każdy dotyk może go zabić. Rozczarowana dziadkowym zakazem przysuwałam twarz jeszcze bliżej – motyl zatrzepotał skrzydłami i odleciał. Po chwili pojawiał się puchaty, prążkowany trzmiel, na licznych włoskach był obsypany drobinkami kwiatowych pyłków. Patrzyłam zafascynowana na jego ubarwienie. Taki mały owad, a jaka feeria barw i odcieni! Oprószony żółtym pyłkiem trzmiel maszerował chwilę po mleczu i poleciał dalej w nieznane. My też powoli szliśmy przed siebie. Mijaliśmy rosłe choinki, które licznie rosły na zarzewskich ogródkach działkowych – pamiętam ich turkusowo-miętowe pachnące igły. Za każdym razem łapałam za gałąź i cofałam rękę, rozcierając odciśnięte na palcach ślady po igłach. Pamiętam jak Dziadek z uśmiechem pokazywał jak „łapać” kłującą gałązkę. Zawsze pochylał się nad nią i wąchał, głośno wciągając powietrze… Tłumaczył nam, że jeżeli będziemy szanować przyrodę – odwdzięczy się pokazując to co większość niedostrzegalne gołym okiem. Lubiłam później głaskać gałęzie iglaków – igły delikatnie łaskotały w dłoń i nie kłuły jak wcześniej. Tak jak Dziadek zawsze wąchałam gałąź – ostry, przyjemny i nieco słodkawy zapach żywicy mieszał się ze świeżym, orzeźwiającym zapachem igliwia. Cudowny zapach – żaden leśny odświeżacz nie jest w stanie tego odtworzyć. Pamiętam jak kiedyś moja młodsza siostra patrząc z uwagą na pień sosny zapytała dziadka – co się wydobywa z drzewa. Dziadek sięgnął ręką i złapał w palce kroplę pachnącej, lepkiej żywicy. Bursztynowa kula pięknie błyszczała w słońcu.

– To jest żywica, później powstają z tego bursztyny… – tłumaczył dziadek.
– A jak????? – wykrzyknęłyśmy jak zwykle chórem, zaciekawione kolejną nowinką.
Dziadek zawsze z uśmiechem i cierpliwością odpowiadał na nasze najdziwniejsze pytania. – No taka żywica musi poleżeć kilka lat, żeby skamieniała… – zaczął  tłumaczyć dziadek i już doskonale wiedział że zabrnął… 😉 Oczy nam już rozbłysły – Ale ile????? – wiadomo… dobry plan już się urodził w naszych głowach – Bardzo długo – stwierdził stanowczo dziadek przeczuwając co się święci… – Czyli rok? – zapytała moja młodsza siostra ze swoim pełnym szczerbatym z uśmiechem… – No trochę dłużej… – Dziadek uśmiechnął się pod nosem, gdyż zdał sobie sprawę, że zabrnął już z nami w ślepy zaułek. – Poczekamy Dziadku! – stwierdziła stanowczo moja rezolutna siostra. – A możemy ją zabrać ze sobą? – dodała rzeczowo, zerkając na mnie. Dziadek westchnął z uśmiechem – Następnym razem weźmiemy od Babci jakiś pojemnik albo słoik i zabierzemy ze sobą żywicę… – Dziadek nie zdążył dokończyć bo mu przerwałam dzieląc się swoim fascynującym odkryciem – Dziadku znalazłam bursztyn!!! – wykrzyknęłam pochylając się nad żwirowaną drogą. Dziadek się uśmiechnął. – Pokaż! – już słyszę nad sobą głos młodszej siostry połączony z energicznym szarpaniem za ramię. – Nie! To moje! – wytknęłam język. – Znajdę sobie – słyszę obrażony głos siostry. – Dziewczynki… nie kłóćcie się – woła dziadek. Moja młodsza siostra kuca na żwirowanej drodze niedaleko mnie i zaciekle się rozgląda się na boki. – Mam! Bez łachy – i wytyka jęzor. – Dziadku zobacz! – wyciąga zaciśnięta rączkę w stronę dziadka żebym przypadkiem nie podejrzała co tam ma. Dziadek ogląda z uwagą kamyk i mówi z uśmiechem – to nie bursztyn, tylko krzemień! – Łeee – słyszę rozczarowaną siostrę. – Widzisz?! – wytykam język do coraz bardziej rozzłoszczonej siostry – A mój Dziadku???? – wołam do dziadka teatralnie rozpychając się na boki mijając siostrę na pustej drodze –Też nie – uśmiechnął się dziadek. Kątem oka widzę triumfalnie wytknięty język siostry. – Znajdę na pewno! – rozzłoszczona rzucam się na żwirowaną drogę żeby udowodnić małej gadzinie, że ten triumf jest przedwczesny. – Justyś, tu nic nie znajdziesz, bo bursztyny są głównie nad morzem! – tłumaczy spokojnie dziadek – Zobaczymy! – wykrzykuję obrażona i nie daję za wygraną… geologia i geografia mogą się też mylić, prawda?

– Idziesz?! Bo my już idziemy z dziadkiem – młodsza siostra ujęła dziadka za ostatnie dwa palce lewej dłoni, ciągnąc go do przodu… Niech jej będzie – tym razem wygrała – szepnęłam pod nosem i zaczęłam otrzepywać grudki żwiru z kolan. Gdzieś nieopodal nas zatrzepotały gałęzie i wyleciały dwa duże ptaki – A co to? – zapytała siostra pokazując na odlatujące sylwetki. – Sójki – powiedział spokojnie dziadek. – Ale jak wyglądają? Bo nie zdążyłam zobaczyć – Patrycja zerka smutnymi oczami na dziadka. – Pokażę Wam w domu w naszej encyklopedii ptaków <<starej przedwojennej, wysłużonej książce, którą oprawiał nasz pradziadek – introligator w okładkę imitującą bordową skórę. Ptaki na ilustracjach były tam malowane ręcznie – nie było fotografii >> – Aha. No dobrze dziadku – uśmiechnęła się moja młodsza siostra, machając różnokolorowymi, jesiennymi liśćmi trzymanymi w ręku. Po chwili z małej, bocznej kieszonki szarego sweterka Patrycji wyleciały złączone na gałązce dwa żołędzie. – Gubisz! – wcisnęłam jej żołędzie z powrotem do kieszonki. – Nieprawda! – znów wytknęła język – sprawdzam Cię – i ruszyliśmy dalej żwirowaną drogą….

Moja córcia zerka na mnie z uśmiechem, a nad naszymi głowami przelatuje  para sójek… Dla niezdecydowanych, czy warto kupić dziecku na prezent gry i zabawki edukacyjne o przyrodzie odpowiadam – ZDECYDOWANIE WARTO. Dla rozwinięcia wyobraźni,  wrażliwości i większej świadomości. A nie ma lepszej nauki, niż zabawa i budowanie fajnych z tym wspomnień! Wykonane z najwyższą starannością zabawki będą doskonałym prezentem i na pewno sprowokują do wspaniałych spacerów, pełnych przyrodniczych odkryć oraz przygód.

P.s. Minęło już kilka ładnych parę lat – mały słoiczek z białą, plastikową nakrętką stoi na półce w tym samym miejscu, gdzie postawiliśmy go razem z dziadkiem jakieś 20 lat temu… Kilka bryłek żywicy skrystalizowało się na biało – złoty kolor, bursztynów jeszcze nie ma…Są za to cudowne wspomnienia…