Wszystkim niezdecydowanym…
23 kwietnia 2017
Pokaż wszystkie

Od akrylu do bambino! Czyli jak połączyć wspólną modelarską pasję młodszych i starszych konstruktorów ;)

Polifoniczna melodia (coś à la Mozart) dzwonka do bramy zagłuszyło szczekanie naszej labradorki. Nasz “strażnik Teksasu” stoi już w oknie opierając przednie łapy na kaloryferze. Liczy się pierwsze wrażenie a nasz pies ze swoim donośnym głosem może śmiało robić za 19 dużych psów. Alarm na cały dom mobilizuje mnie, by zerknąć kto się znowu zawieruszył pod bramą. Widzę jaskrawe kolory auta I zdziwiona pytam sama siebie pod nosem – kurier? Niczym w sztafecie podając małą mężowi na ręce biegnę czym prędzej na spotkanie z przesyłką z nowej, interesującej polskiej firmy. Szybka wymiana uprzejmości i podpisów – pudełko już jest na werandzie! Otwieramy wszyscy razem… A co! I pies pomoże zębami szybciej zdjąć folię 😉 zaglądamy z zaciekawieniem i naszym oczom ukazują się pięknie poukładane w szeregu, węższe i szersze, mniejsze i większe pudełka 🙂 Starannie wykonane, w naturalnym kolorze tektury wyglądają jak z drewna i mają bardzo przyjemny zapach. Tymczasem na naszych oczach z pudełek wyfruwają wspaniałe, tekturowe samoloty,  zajeżdżają niesamowite samochody, pną się w górę okazałe budynki. Prawdziwa gratka dla małych i większych fanów lotnictwa, motoryzacji oraz budownictwa. Pamiętam jak sama mając z 9,10 lat stałam z wypiekami na twarzy pod meblościanką u siostry ciotecznej, gdzie z dumą stacjonowały największe dumy polskiego i zagranicznego lotnictwa: czołgi, samochody pancerne, armaty  – wszystko w miniaturze. Też chciałam mieć taką kolekcję, też chciałam składać, malować i oklejać wojskowe emblematy. Przyszedł mój chrzestny, który na moje nieśmiałe pytanie czy podzieli się ze mną swoją pasja z uśmiechem wyjął kartonowe żółto-biało-czarne pudełko. Na okładce widniała rysunkowa reprodukcja dwóch samolotów w locie. Czarno-białe logo z zawijasami i czarne grube litery na żółtym tle: PZL-37 A/B ŁOŚ. Skala 1:72… Hmmm… Wujo, a duży będzie ten samolot? A ciężko się składa? – zaczęłam standardowy zestaw pytań – mierząc siły na zamiary. – Łatwo! Poproś Dziadka, to Ci pomoże. Tylko nie zapomnij pomalować! A jak przyjedziemy następnym razem do Was to sprawdzę… Pamiętam, że stojąc na przystanku tramwajowym na Pabianickiej jeszcze kilka razy kazałam mamie wyciągnąć pudełko, żeby nacieszyć nim oczy! Mój pierwszy samolot! Widziałam w domu duże pudełka po modelach samolotów pasażerskich – dzisiaj z ciekawości przeczytałam, że były to modele VEB Plasticart 🙂 Plan był już ułożony… Ja składam, Dziadek awaryjnie czuwa jakby się coś zaplątało, a Tata szykuje haczyki pod sufitem, bo ja też chcę mieć podniebną flotę – taką samą, jak kiedyś moja moja mama ze swoim bratem! Gorzej było z wykonaniem. Po otwarciu pudełka okazało się, że hmmm… poszczególnych części samolotu nie składa się jak przestrzennych puzzli hmmm… i dlaczego to jest wszystko w jakiejś dziwnej, plastikowej ramce? I czemu Dziadek z Tatą mówią, że akcja wstrzymana bo kleju nie ma? Wikol nie może być? Przecież zawsze wszystko skleił? Roślinny? No tak, znowu znowu kręcą głowami…. A ten bursztynowy śmierduch, który dziadek ma schowany na najtrudniejsze przypadki szkód po naszej zabawie ? Też nie?! To ja już nie wiem… Powoli przestawało mi się chcieć, bo ja już chciałam składać, a tu dupa… W środku pudełka był jakiś plastikowy flakon, ale znowu pokręcili głowami. Sami sobie zaraz będą to składać…. Po kilkunastu dniach i kilku przypomnieniach dostałam w końcu upragniony klej. Prawie. Bo to był bezbarwny lakier do paznokci, a nie klej. Do ręki też nie i tylko pod nadzorem Dziadka…. Wykończyć się można z nimi 🙂 Wreszcie!!! Lampka dochodzeniówka, jak mawiały Mama z Babcią, 10 gazet – bo z kuchni już było słuchać babcine „bo nie będę wyrzucać obrusa!!!!” Na koniec jeszcze dobra rada od Mamy, z łazienki: „Tylko się nie poklejcie!!! I uwaga na Patusię!” Patusia już stoi na warcie, bo nikt jej nie wołał – czyli dzieje się coś interesującego… Zaczynamy operację Łoś… Najpierw z namaszczeniem Dziadek wykłada kawałek po kawałku. Ja chciałam robić wszystko sama, ale po tym, jak szybka kokpitu z trudem przeżyła operację, mało nie uszkadzając całej reszty – zostałam asystentem chirurga 😉 I to nie tak, że wszystko na raz… Instrukcja i po kolej! Dla mnie na te efekty trzeba było za długo czekać… Wreszcie mozolnie pojawił się fotel i kawałek kokpitu. Cicha dyskusja nad pacjentem “Łosiem” – żeby nie było słychać w kuchni ani w łazience – (wartownik został wysłany po-coś-tam do pokoju…) i solennej obietnicy, że w przypadku gdyby klej skapnął mi na palce nie będę ich łączyć pod żadnym pozorem 😉 – tylko biegiem do łazienki umyję je mydłem… dostałam klejo-lakier i zaczęła się moja przygoda z modelarstwem. Hmmm… Łoś był zalany klejem bo klej wysychał wolniej, niż ja trzymałam elementy… Ofiarą pierwsze,j modelarskiej przygody zostały babcine stare, drewniane spinacze do bielizny w liczbie  kilkunastu… Ciekawe, czy Babcia o tym wie? Muszę ją kiedyś zapytać 😉 Łoś został w kolorze “soft”, bo Tata kupił złą farbę, a po drugą już jechać nie chciał… Potajemne próby malowania plakatówką i temperą skończyły się fiaskiem – zostały tylko tęczowe plamy na kredensie. No właśnie – kredensie… Haczyków mi nie chcieli zrobić, za to moją gablotą stała się wolna przestrzeń przed rzędem książek w biblioteczce! Systematycznie zapełniła się kolejnymi militarnymi okazami firmy Revell. W mojej karierze przewinął się nawet “Mały modelarz” ale papier, klej i dziecięce ręce Justysi w połączeniu z oczekiwaniem błyskawicznych efektów spowodowały, że papier nie wytrzymał napięcia i oczekiwań 😉 Zostaliśmy przy plastiku. Moje własne, składane tymi ręcoma (dzisiaj już starszymi o jakieś 20 parę lat) modele – za cholerę się już nie brałam się za malowanie, bo ile można prosić o zakup FARBY ZIELONEJ NIE CZARNEJ?!!! Wspomnienia pozostały: z uśmiechem przypominam sobie, jak zawsze składaliśmy z Dziadkiem samoloty i helikoptery (mój Tata nie chciał członkostwa w tym fanklubie) nadzorowane przez Wartownika Patusię, która z każdym przejawem działania niezgodnego z szeregiem mamino-babcinych zasad leciała na skargę 😉 Samolotem się pochwaliłam później! A co 😉 Rodzinna pasja składania została zaszczepiona w następnym pokoleniu 🙂

Dzisiaj jest o niebo łatwiej! Samoloty są bez kleju i malowanie ich będzie mega frajdą, dopełniającą męską, żeńsko-męską lub żeńską przygodę z modelarstwem. Doskonała zabawa gwarantowana, a efekty przepiękne! Narzekacie, tektura nie nadaje się na dwór? A kto Wam każe robić paradę wojskową w deszczu;)? Uwierzcie mi, że te samoloty są o wieleeee trwalsze niż plastikowe 🙂 Nie dowierzacie? A próbowaliście ten plastikowy puszczać ukradkiem z balkonu między sztachetami  na 3 pietrze w bloku? 😛 No właśnie! Więc wiem, co mówię a Was serdecznie zachęcam do wspólnej, modelarskiej przygody – żony, mamy, partnerki! Macie swoich facetów i pociechę z głowy na parę godzin! 😀 Będzie czas na manicure, pedicure, obiad, zakupy czy dobrą książkę! A my tymczasem idziemy z naszą córką składać Czerwonego Barona! A co;) Jeszcze nie widziałam samolotu pomalowanego kredkami Bambino! Trzymajcie kciuki!!!! 🙂